|
POLONIA's PROTEST
Alerts of 2005
January 2006 Alert!
in the Boston Common
|
Partyzanci pytaja!
|
|
Pewna dziennikarka przysłała mi kilka dni temu email z
prośbą o odpowiedź na pytanie dotyczące ostatnich
rozstrzygnięć w sprwie rzeźby-pomnika „Partyzantów” w Bostonie.
Problem zaczął się 18 stycznia br. i wciąż brakuje mu
rozwiązania, i jest źródłem nowych rozważań. Autorzy
pomysłu wywiezienia „Partyzantów” z Boston Common” zapewne nie spodziewali
się takiego nurtu wydarzeń. Trudno ich zresztą
posądzać o prawdziwie głębokie rozumowania na podstawie
działań, które podjęli. Oto los z jednymi, a Opatrzność
innymi, lubi figlować i zaskakiwać zwłaszcza tych najbardziej przekonanych
o swojej „niezłomnej” racji. Jak można wobec tego podsumowanć minione trzy
miesięce walki o przywrócenie godnego miejsca rzeźbie A. Pityńskiego,
świadectwu ducha i charakteru Polaków?
|
Po
powstaniu komitetu działaczy polonijnych w celu przeprowadzenia rozmów z
burmistrzem Bostonu okazało się szybko, że nie ma on ochoty na
żadne porozumienie z Polonią, która jest dla niego grupą
etniczną ludzi bez większego znaczenia. Zaistniała więc
potrzeba podkreślenia swojej obecności i głośnego
wyrażenia poglądów. Tak powstała idea demonstracji jako
środka przekazu i próby komunikowania się z aroganckimi
urzędnikami. Rezultat jest taki, że ratusz pozostał niewzruszony,
prasa ma temat, rzeźbiarz ma wywiady, niektórzy działacze i politycy
mają kredyty, cena rzeźby wzrosła, co cieszy
właścicieli w Kaliforni, a demonstranci mieli trochę
świeżego powietrza i pewną stysfakcję z poczucia
spełnionego obowiązku.
|
|
|
Byla to pierwsza w Bostonie, polska demonstracja od
czasów Solidarności przeszło 20 lat temu. Flagi biało-czerwone,
a nie jak pisano po angielsku „red and white”, znów powiewały nad
bostońskim brukiem w samym centrum miasta i pod ratuszem. Ale czy to
wszystko? Oczywiście, że nie!
Najważniejsze w tym zamieszaniu stawało się jakby mimochodem,
jakby przy okazji. Niebiosom dzięki.
Mam
dużo serdecznych uczuć dla burmistrza Thomasa Menino. To dzięki
jego postawie, choć, jak sądzę wbrew jego woli i kosztem jego
reputacji, setkom a może tysiącom ludzi przypomniano o roli Polaków w
zwalczaniu totalitarnych systemów i dyktatury komunistycznej w Europie.
Partyzanci rzeźbieni przez Pityńskiego to realni ludzie, jego ojciec
i wuj oraz koledzy z oddziału. W podręcznikach PRL-u zwani byli
bandytami. Dziś przywraca się im imię wyzwolicieli. Dzięki
burmistrzowi, panu Menino, pani Hutt i paru innym „opiekunom” Boston Common,
każdy uważniejszy czytelnik The Boston Globe mógł się
dowiedzieć kim byli polscy partyzanci walczący z sowieckimi
kolaborantami w Polsce, długo jeszcze po zakończeniu II wojny
światowej. Założe się, że były prezydent, A.
Kwaśniewski nie o tym prowadzi właśnie zainaugurowane wykłady w Georgetown University. Nie ma to
jednak wielkiego znaczenia, gdy w tym samym czasie 16-letnia Virginia, uczennica z Bronx w Nowym Jorku,
pisząc do PolBoston, oddaje hołd Polakom, antykomunistycznym partyzantom, walczącym taże o
jej wolność. Wielkie dzieki za to Panie burmistrzu Bostonu.
|
|
|
„Partyzanci”, jako artystyczna wizja realnych Polaków, przez 23 lata
stali w Boston Common i byli zapomniani, a czasem myleni ze zmaltretowanymi
przez „białego człowieka” Indianami. Ignorancja otoczenia najpierw
pozbawiła sensu chropowate, udręczone walką postacie by
ostatecznie uznać je za nieodpowiednie, depresjonujace,
nieprzystające do „pięknego” macdonaldowo-hollywoodzkiego krajobrazu
„najbardziej europejskiego” z miast Stanów Zjednoczonych. Postanowiono
więc po barbarzyńsku, nie dbając o czyjekolwiek uczucia i
wartości, wywieźć skrycie „dziwadło” za druty magazynu.
Zadziwiające jest, ze fakt ten natychmiast odnotowała moskiewska
„Prwada”. Tak oto król jest nagi, bzdura się sama odsłoniła.
Dziś wierzę, że stało się to nie bez powodu.
|
„Partyzanci” za drutami i jakby ponownie w
„niewoli”, wypełniają swą role o wiele lepiej niż
tkwiąc niezrozumiale w prestiżowym parku. Prawdziwy paradoks jest
zawsze przejawem głębokiej logiki, często niemożliwej do
zrozumienia zanim stanie się faktem, a trudnej nawet i później. Śmiertelnie
znużeni desperaci (słowo A. Pityńskego opisującego swoich
bohaterów) na zdychających chabetach jeszcze raz wykonują swoje
zadanie, pokazują szkaradną prawdę o wojnie i o tragicznej walce
za wszelką cenę. Mówią nam, że tych ludzi było na to
stać wtedy w kraju nad Wisłą. Przyjęli los beznadziejnych
opętańców. Walczyli pozbawieni świdomości, że za
cenę potępienia wykupują nową Rzeczypospolitą w wolnej
od komunizmu Europie, wolnej dzieki Polakom. Nie ma przesady w stwierdzeniu,
że dla nas, polskich Amerykanów, „Partyzanci” są owym „złotym
rogiem” z „Wesela” Wyspiańskiego. Trzeba nam go nie stracić, trzeba nam
w niego dąć ile tchu. Prawdą historyczną narodu
żydowskiego była tragedia Holocaustu. Prawdą historyczną
Polaków jest heroizm walki z dyktaturą faszystowska, a później komunistyczną, z totalitaryzmem pod
każdą postacią.
Czy to nie
jest prawda, że Polacy budują i bronią demokracji od
stuleci, przez całą
historię nowożytnego świata? Można dyskutować które
słowo ma dłuższą tradycję, sejm czy parlament.
Jeżeli jest dziś kraj, który stawia sobie za głowny cel
obronę i budowę demokracji we współczesnym świecie, to
pomnik taki jak „Partyzanci”, w takim kraju, nie może sobie stać na
jakimś autobusowym przystanku. Czy jeżeli się na to zgodzimy, to
nie wykreujemy kolejnego, tym razem groźnego i kosztownego paradoku? Czy
nie utoniemy w mętnych wodach logiki... zakłamania. Czy jeżeli
„historia Polski jest częścią wielkości Ameryki” jak
mówił pod ratuszem R. Flynn, to polskie pomniki mają
wypełniać miejskie przystanki?
Nowe
miejsce na przystanku przy World Tarde Center
media próbują wmówić jako DOM dla wynajętej czasowo
rzeźby. Czy nie jest to jednak przytułek, szopka, kolejny wyrzut
sumienia? „Partyzanci” wydają się być tam widoczni, ale
wciąż dalecy ludziom. A oni niosą innym przesłania
o wolności, prawdzie i cenie za to płaconej przez Polaków. Praca nad
znalezieniem właściwego miejsca powinna chyba trwać. Trzeba aby
obok pomnika pojawiali sie ludzie pragnący poznać jego sens, a nie
zagonieni tam przypadkiem przechodnie. Niech do takiego miejsca
bostończycy i turyści przyprowadzają swe dzieci. Niech dzieci bawią
się miedzy nogami koni w pokoju, bezpieczne - bo rodzice poznali już
prawdę o wojnie także od „Partyzantów”. Takie jest marzenie ich
twórcy. Czy to nowe miejsce jest własnie takie?
|
|
|
Nawet
jeżeli artystyczne koncepcje pani Barbary Boylan z MBTA raczej nie
pasują do idei pomnika, bezwzględnie należy się
wdzięczność panu Danielowi Grabauskas za zrozumienie i
przyjęcie „Partyzantów” do planu MBTA. Warto chyba widzieć tutaj gest
braterstwa. Litwini dzielili z Polakami los centralnej Europy oddanej
stalinizmowi. Sa oni dzięki temu naturalnymi sprzymierzeńcami, mieli
też swoich partyzantow. Trzeba może odszukać litewskich
weteranow aby zajęli godne miejsce obok polskich weteranow i innych
uczestników demonstracji.
Weterani z
Chelsea i Poludniowego Bostonu jako jedyna polonijna organizacja
przyłączyli się do spontanicznego wystąpienia Polonii w
dniu 5 marca przed ratuszem bostonskim. Było to dokładnie w 66
rocznicę podpisania wyroków śmierci na 22 tysiące polskich
oficerów przez Stalina. Kto chce niech widzi w tym przypadek, dla mnie
stało się tak za sprawą „Paryzantów”. Oni są po prostu
prawdziwi. Zadawanie pytań czy są ładni, czy podoba się nam
ich miejsce, czy nam pasuje, czy jest eksponowane lub prestiżowe, itd.,
może mieć tylko sens prowokownia do myślenia. Może trzeba
stanąć przy pomniku,
może dotknąć go, aby usłyszeć prawdziwe pytanie
samych „Partyzantów: „Czy rozumiesz nasze przesłanie i czy poniesiesz je
dalej?”
Sam sobie zadaję pytanie: „Jak to robić?”
Szymon Tolak, 5 kwietnia 2006
Tekst poprawiony 6 lipca 2006
|
|
|
|