Za siatką płotu zwieńczonego kolczastym drutem, z
kłódą na metalowej bramie, po siedmiu miesiącach internowania,
statua Andrzeja Pityńskiego, poświęcona pięciu partyzantom
z oddzialu „Pułkownika”, jeszcze raz przygotowywana jest do ponownego
wystawienia w publicznym miejscu Bostonu.
Po drugiej wojnie światowej Michał Krupa – „Pułkownik”,
jak wielu innych, nie zaprzestali walki o wolność Polski od
sowieckiego komunizmu. Czy dlatego potrzebny był kolejny przyjazd twórcy
ich pomnika do Bostonu? Kiedy 27 lat temu rzeźbiarz obmyślał
kszałty „Partyzantów” trudno mu było przypuszczać, że
będzie ich musiał później naprawiać. A może jednak
śnił ten niespokojny sen o swoim okaleczonym, wywiezionym znienacka
„dziecku”? W czasie eksmisji rzeźby z Boston Common, centralnego parku
miasta, odcięto lance, przeszkadzały. Zresztą, cała
rzeźba przeszkadzała, więc ją tu 18 stycznia 2006
wstawiono, w chwasty za jakimś magazynem.
Andrzej Pityński przyjechał ze swoim pomocnikiem Douglasem Robertsem
z New Jersey. Umieszczenie napowrót odciętych części pięciu
lanc trwało kilka godzin. Za naprawę zapłaciła Fundacja
Rzeźby z Kaliforni, która nadal pozostaje właścicielem ok. 2.5
tonowej rzeźby. Wylana w aluminium, wraz z lancami mierzy teraz 7 metrów
wysokości, ma 10m długości i 4m szerokości.
Dzierżawcą na następne kilka lat bedzie MBTA. Barbara Boylan,
dyrektor artystyczny MBTA pracuje z wielkim oddaniem nad ekspozycją statuy
w nowym miejscu. Odwiedziła pracujących przy rzeźbie,
podziwiała jej odrestaurowany wygląd. Towarzyszył im opiekun na
czas zamknięcia Lawrence Doherty, właściciel magazynu.
Za kilka dni statua znajdzie sie na kolejnym miejscu swojej długiej
wędrówki po Bostonie. Zaraz po przybyciu w 1983 roku przeniesiona sprzed
ratusza do prestiżowego Boston Common, następnie zdetronizwana i
skazana na banicję przez burmistrza T. Menino, teraz, dzieki Danielowi
Grabauskas, dyrektorowi MBTA, stanie w rejonie miedzy Convention Center i World
Trade Center przy ulicy Summer, jako ozdoba przystanku linii Silver Line w
Południowym Bostonie. Miasto szczycące się mianem kolebki
amerykańskiej rewolucji, wolności i demokracji znów przygarnie do
siebie wyczerpane postacie polskich bojowników. Na jak długo?
Stanie się to może nawet przed 1-wszym sierpnia. Wtedy
bostońska Polonia będzie miała szansę celebrować
kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego 1944 wraz z „Partyzantami” w
bardziej eleganckim miejscu niż zachwaszczone przypłocie. Choć
nie miejsce jest tu ważne. A jeżeli nawet jest wżne, to salony
ratuszów i parlamentów, mównice, wygodne sofy dyplomatów i okrągłe
stoły nie zawsze pasują do celebracji idei wolności. Na ulicy,
pod otwartym niebem, prawdziwa wolność lepiej oddycha, a chodzi tu
właśnie o nią i tych, którzy płacili za bycie wolnym
najwyższą cenę.
Kiedyś, w czasie wielkiej wojny, wolność chadzała
sobie z partyzantami i powstańcami pod rękę. Była
wśród wybuchów i zgliszcz, w zatęchłych kanałach Warszawy,
pośród leśnych bagien. Dziś chce, nie tylko od nas w Bostonie,
najlepszej części naszej pamięci. Daje nam znak zaklęty w
oksydowanych kształtach pięciu, śmiertelnie zmęczonych
swą wędrówką jeźdźców na koniach. Trwają tak,
wyczerpani do granic, ale z lancami wbitymi dumnie w amerykańskie niebo.
Bostońska historia statuy „Partyzanci” Andrzeja
Pityńskiego udokumentowana jest na stronach internetowych Polboston.com.
Szymon Tolak (PolBoston.com)
23-go lipca 2006, Boston, Massachusetts