Przedswiateczna wyprawa:
W grudniu na Anza-Borrego
Na obszarze pustyni Anza Borrego znajduje się największy w
Kaliforni park stanowy, ponad 600 tys akrow (2400 kilometrów kwadratowych). Z
San Diego najlepiej udać się autostradą I-8 na wschód. Po
około dwóch godzinach jazdy docieramy do drogi 79. Od pierwszych chwil nie
żałuję, że uległem namowom Uli, mojej żony, aby
zaopatrzyć się w GPS (Global Positioning System), który teraz, niczym
w Nintendo pokazuje naszą aktualną pozycję malutkim
samochodzikiem na kolorowym ekranie. Za 9.00 dol. dziennie Avis dodaje to
urządzenie do wynajmowanego samochodu. Literatura światowa jest
oczywiście wypełniona pustynnymi krajobrazami. Największe
dzieła, włączając w to święte księgi, wcale
nie omijają pustyni, a wręcz przeciwnie.
Wbrew swemu, jakby się zdawało, nauralnemu ubóstwu, a może
właśnie dlatego, pustynia staje się miejscem nadzwyczajnych
wydarzeń. Czy można je zrozumieć nie odwiedzając
choćby raz w życiu prawdziwej pustyni? Może warto aby w
programach szkolnych znalazły się wycieczki na pustynię? |
|
![]() |
Jest godzina 22:00,
wjechaliśmy w całkowitą ciemność. Przez chwilę mamy
wrażenie, że to nocny lot w czarnej chmurze. Przed nami widać
ledwo kilka metrów wąskiej drogi, światełka deski rozdzielczej
naszego Chevroleta, no i oczywiście ekranik GPS – to najważniejsze.
Powoli wzrok zaczyna przenikać ciemności. Ze wszystkich stron
otaczają nas górskie zbocza.
Samochód wspina się do góry licznymi zakrętami. W pewnym
momencie po prawej pojawia się srebrzysta w świetle
księżyca tafla wody, to jezioro Cuyamaca. Największy i
najwyżej położony zbiornik wodny w tej okolicy. Powstał w końcu
XIX wieku po zbudowaniu drugiej najstarszej zapory wodnej w Kaliforni. Dawno już zapomnieliśmy
o wygodnej autostradzie kiedy 79tka przechodzi w 78kę i zmienia się
nagle w wąską dwukierunkową asfaltówkę biegnącą
pośród szaro-brunatnych wertepów i podobnych do nich krzewów. Tu i ówdzie
zatknięte w piasku stoją wysuszone na kość konary drzew.
Przed nami dalej czernieje ściana gór, a ponad nią.... |
Od wielu lat twierdzę, ze w nocy
widać więcej, wystarczy podnieść wzrok do góry w
pogodną noc aby o tym się przekonać. Teraz przyszedł czas
na potwierdzenie tego w sposób najlepszy z możliwych na ziemi. Powietrze
nad pustynnymi terenami jest suche, spełnia doskonale rolę naturalnej
soczewki, widać przez nią to czego nie można zobaczyć
nigdzie indziej. Bogactwo gwiaździstego nieba dostępne jest nad
pustynią bez ograniczeń prawie każdej nocy. |
![]() |
![]() ![]() ![]() |
Nasza Impala cierpliwie znosi coraz liczniejsze i węższe
zakręty górskiej drogi. O wysokości oprócz znaków informuje
także ciśnienie w uszach. Termometr pokazuje obniżającą
sie ciągle temperaturę, to zapadająca noc i podnosząca
się wysokość. W pewnym momencie nie dowierzam, cyferki
wyświetlają 25 stopni Fahrenheita (-4 Celsiusza).
Wprwdzie jest grudzień, ale to południowa Kalifornia, rzut kamieniem
od granicy z Meksykiem i dwie godziny jazdy do San Diego. Kiedy
wjeżdżaliśmy na I-8 parę godzin temu termometr
pokazywał nam 62 stopnie (16 st.C.), co jest normalne tutaj o tej porze
roku. Zjeżdżam z drogi na piaszczyste pobocze. Pod kołami
chrzęści piasek i drobne kamyki, po chwili stajemy, zapada cisza.
Wokół nie widać ani jednego światełka, nic tylko niebo i
czarne kontury górskiego zbocza. Wyłączam radio i silnik, zapada
kompletna cisza, w uszach już tylko ich własny szum. Na zewnątrz
rzeczywiście przenikliwe zimno, wskaźnik nie kłamał.
Próbuję usłyszeć cokolwiek, szczeknięcie psa lub
choćby daleki samochód. Nic. Podnoszę oczy... „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie” –
przypływają skądś słowa Kanta. Zaczynam
drżeć, chyba z zimna. Wracamy na drogę, ani przed nami, ani za
nami nie widać nikogo. Jedziemy coraz wolniej bo zakręty stają
sie raptowniejsze, od jakiegoś czasu droga zaczęła schodzić
w dół, temperatura podnosi sie do 42 stopni. Przed nami nagle otwarta
przestrzeń doliny. Jest godzina 1-wsza w nocy, chyba czas
pomyśleć o jakimś hotelu.
Tajemnica komfortowego zwiedzania atrakcyjnych lub znanych miejsc
zawiera się w dobieraniu odpowiedniej pory. Po prostu należy za
wszelką cenę unikać pełni sezonu. Nie zawiedliśmy
się i tym razem. Lecąc na początku grudnia do Kaliforni
wybraliśmy bilet lotniczy z wliczonym wynajmem samochodu, nie
martwiąc się zupełnie o hotele. 5 dni, 308.00 dolarów, spanie
gdzie popadnie. Zakładaliśmy, jak się okazało
słusznie, że zawsze znajdziemy gdzieś jakieś miejsce. Nie
było problemów pod tym względem na wybrzeżu Pacyfiku ani w
Oceanside, ani w Carlsbad, ani w San Diego. Nie było też powodów do
zmartwień także w głębi lądu. Kilka kliknięć
w ekranik naszego GPS i okazuje się, że w promieniu 5 mil, na tym
zdawałoby się zupełnym pustkowiu, gdzie diabeł mówi
dobranoc (a ponieważ jest środek nocy więc pewnie dzień
dobry) znajdują się aż cztery hotele. Później okazało
się, że jest jeszcze piąty, w którym ostatecznie zanocowaliśmy. Oczywiście wybór uwarunkowany jest ceną, której nasz GPS
niestety nie wyświetla i trzeba osobiście się przekonać.
Najpierw przed nami „La Casa Del Zorro”(fajne zdjecia można zobaczyć
na internecie).Oboje z Ulą, bawimy się wypowiadając te
romantyczne nazwy. Przypadła nam do gustu pełna egzotyczności,
kalifornijska, geograficzna mieszanka nazw
hiszpńsko-indiańsko-angielskiego pochodzenia. Sama nazwa pustyni
pochodzi od imienia meksykańskiego podróżnika, Juana Bautisty de
Anza, który tędy wedrował przed ponad 200 laty, a później miał
nawet założyć pierwszą osadę na miejscu dzisiejszego
San Francisco. |
Jesteśmy w Borrego Springs. Nocą widać wprawdzie
najwięcej, ale to nie znaczy, że widać wszystko. Zatrzymuję
samochód na podjeździe i wchodzę do lobby. Widok przerasta
oczekiwania. Wydaje sie, że wszystko przygotowano tutaj do planu
zdjęciowego filmu kostiumowego pod tytulem „Zorro 5” lub „9”, albo do
218-go odcinka „Bonanzy”, nie ma to dla nas jednak znaczenia, bo nie
jesteśmy aktorami, nie mamy kostiumów, a na dodatek nasze konta nie
mają odpowiedniej ilości zer po przecinku. Cena 314.00 dolarów za
noc, każe nam skorzystać z uprzejmej informacji portiera o
tańszym noclegu. Sam nawet dzwoni do następnego w kolejce „Palm
Canyon Resort”, polecając tam pokój za 120.00 dol. plus podatek. Robimy
podwójne „Z” na pałacu Zorro i jedziemy 3 mile dalej, spodziewając
się, że będzie taniej. Przed nami rozległa płaszczyzna pustynnej doliny.
Srebrzyste, migotliwe światło kryształowo
rozgwieżdżnego nieba rozlewa się swobodnie po szeroko teraz
otwartej przestrzeni. Wysokie palmy zaznaczają się czarnymi konturami
i cieniami rzucanymi na szary piasek. Wokół linii horyzontu
czerniejąca koronka otaczających dolinę wzgórz. Niebo jest w
kolorze bardzo ciemnego granatu. Odkrywam ze zdumieniem, że pustynia ma swój
własny zapach. Przypomina on mieszankę starego, suchego siana i
czegoś jesze, może zapachu klepiska w stodole mojej babci,
kiedyś, dawno temu. Lekki powiew wiatru przynosi go delikatnie i
przyjemnie jak zapach włosów na główce małego dziecka. Jedziemy wolno, nigdzie się nam nie śpieszy, po prawej
stronie pojawiają się jakieś zabudowania. Czytam skośny
napis: „vacancy”. Ręka sama zawija kierownicę, trudno mi nawet
odczytać nazwę przy wjeździe. Motelowe pokoje ustawione
parterowo w coś na kształt podkowy, w środku basen pod palmami.
Postanawiamy sprawdzić to przypadkowo napotkane miejsce. Drzwi recepcji
zamknięte, przez okno widać, że nie ma w srodku nikogo, na pusty
kontuar pada przyciemnione, pomrańczowe światełko nocnej lampki.
Naciskam dzwonek przy drzwiach, cisza, jeszcze raz, to samo. Mamy już
odjeżdżać gdy spomiedzy zabudowań pojawia się
jakaś postać. Młody
Hindus z akcentem simpsonowskiego Apu jest bardzo sympatyczny, a co
najważniejsze oferuje pokój za 75.00 dolarow, podatek włączony.
Hurraa! Rozpakowujemy samochód, po prysznicu zamiast do lóżka
idę na spacer. Czytam wreszcie nazwę przypadkowo znalezionego motelu:
„Stanlunds”. Hm, całkiem dziwna nazwa w tej okolicy. Później okazuje
się jednak, że na Google wywołuje ona aż 19 stron, w
większości dotyczących tego właśnie motelu w Borrego
Springs. Mnóstwo zdjęć.
Wokoło wciąż ta sama cisza, choć teraz jest
trochę świateł, jakiś samotny dom stoi po drugiej stronie
drogi. W dalszym ciągu nic nie przeszkadza delektować się
rozmigotanym gwiazdami niebem. Pas Oriona, Andromeda, Wielki i Mały Wóz,
wszystko widziane ostro, wyraźnie.
Tak, właśnie po to tu jestem z moją wątlutką
astronomiczna wiedzą, cały wątlutki, mizerniutki wobec Jego
Milczącej Obecności, ktora przemawia do mnie tu i teraz każdą
chwilą i każdą sekundą otwartej, kosmicznej przestrzeni. Pod Czaszą Nieboskłonu Boga W pustynną noc Przemyka ludzka mysz Gdy ostrza gwiazd Na czarnym oku Znaczą jej krzyż A wąż czyha z boku Nie znaczy to nic Pod Czaszą Nieboskłonu Boga W pustynną noc. W środku nocy, w srodku pustyni, nareszcie, każda, nawet
najmniejsza myśl o „świątecznych zakupach” graniczy z totalnym
absurdem. Przeżywam prawdziwy adwent. Odkrywamy, że pustynia to bardzo ważne i
potrzebne cżłowiekowi miejsce. |
|
![]() |
|
![]() |
Poranek jest znów słoneczny i rzeźki, dookoła inny
zupełnie świat. Spoglądamy na siebie z niedowierzaniem. Tak, oto
jest nasza pierwsza od lat podróż tylko we dwoje. Bez dzieci, bez
znajomych, bez spraw. Czujemy się od nowa wolni. W świetle porannego
słońca wszystko staje się jakby bardziej „normalne” i bardziej
„turystyczne”jednocześnie. Skrzyżowania ulic, hotelowe i sklepowe
szyldy. Policyjny radiowóz mija nas leniwie. Tylko góry z daleka zachowały
swój majestat przyglądając sie wszystkiemu milcząco.
Później przekonamy się, że wymagają do siebie pełnego
respektu. Na kolejnym zakręcie zobaczyliśmy głęboko w
wąwozie leżącą w dziwaczno-dramatycznej pozie,
roztrzaskaną półciężarówkę (trucka). Ktoś
się zapomniał. cdn
Szymon Tolak
|