Franciszkańska,
ślepa uliczka z Warszawy do Bostonu.
"Aby pozostać
człowiekiem wolnym (...), trzeba żyć w prawdzie. Życie w
prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się
do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest
niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną
decyzją, taką czy inną ustawą. Na tym polega w zasadzie
nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go
nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie
prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy
w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą
prowadzącą bezpośrednio do wolności."
Ks. Popieluszko, Warszawa 1982
Oznaką zwycięstwa
zła jest stan kiedy wydaje się jego ofiarom, że prawda jest
gorsza od samego zła. W grudniu 2006 roku członkowie rady parafialnej
przy kościele pod wezwaniem M. B. Częstochowskiej w Bostonie
dowiedzieli się z listu poprzednika obecnego warszawskiego
prowincjała franciszkanów że:
„...o. Mirosław P. (...) dokonał
nadużyć finansowych na kwotę ok. 200 000 PLN (70 tys. USD),
tym samym jawnie łamiąc ślub ubóstwa i posłuszeństwa.
Wobec oczywistych i rzetelnych dowodów przedstawionych mu przez Radę
Prowincjalną nie przyznał się jednak do wspomnianych
nadużyć, ... „
W konsekwencji musiał
opuścić swoje probostwo w Bostonie i dobrze by było gdyby to
był akord końcowy piosenki o ludzkim błądzeniu, nikt wszak
nie jest wolny od słabości. Niestety w życiu jest inaczej
niż w piosenkach. Dalsza część zakonno-parafialnej afery
nastąpiła dwa lata później. O. Mirosław P. nie został
bowiem pokarany tak jak kiedyś jego poprzednik, banicją z Ameryki.
Pomimo łamania zakonnych reguł otrzymał ciepłą
posadkę wikariusza w jednej z nowojorskich parafii. Ba, zyskał
uznanie wśród otaczającej go zakonej braci. A już
całkowicie odrosły mu skrzydła po zmianie na stanowisku
prowincjała. Nowy prowincjał, o. Mirosław Bartos, to dawny
serdeczny znajomy. On zabierał kiedyś nieszczęśnika z
Bostonu, starając się zamieść co tylko się dało
pod dywanik nietykalności „Sługi Kościoła”.
Wiadomość o przewinach przemilczano w parafii, szkoda wielka,
według prowincjała, że wogóle rada parafialna dowiedziała
się z kim miała do czynienia. Jakimś dziwnym zbiegiem okolicznosci
list poprzedniego prowincjała o. Grzegorza Bartosika zaginął.
Niestety - zachowały się
kopie.
Zło potrzebuje czasu i
skrytości aby przepoczwarzyć się w nową postać, i
znienacka okazć naiwnym nowy
„dorodniejszy” kształt. Tak wiec, po dwóch latach, przepowiednie o.
Mirosława P. spełniły się
i o. prowicjał Grzegorz Bartosik, który napisał cytowany
wyżej list, zastąpiony został na początku
bieżącego roku przez o. Mirosława Bartosa. Teraz wypadki potoczyły się już
wartko. W większości zaskoczeni (nie wszyscy!) parafianie w
bostońskiej Our Lady of Częstochowa otrzymują złowrogą
wieść z nieoficjalnego źródła. A jakże, oficjalnie
nikt nie uważa za stosowne o czymkolwiek uprzedzać zwykłego
parafianina. Okazuje się, że ich dopiero co mianowany proboszcz, o.
Jerzy Auguścik, po wszystkich przejściach ze „starą kadrą”
poprzednika, po ciężkich i wciąż nieskończonych
próbach wyprowadzenia spraw w parafii na prostą, gdy jeszcze ucząc
się trudnej pracy administratora parafii w Ameryce, zostaje odwołany.
Logika tej decyzji nie może
być pojęta naturalnym rozumem. Ponad 700 podpisów
spłynęło prawie natychmiast do Warszawy, na biurka nowego
prowincjała, o. Mirosława Bartosa i członków jego rady
prowincjanej. Były to podpisy pod pokornym błagniem o zmianę
decyzji i zachowanie budzącego nadzieję na lepszą
przyszłość aktualnego proboszcza. Ale jak tu teraz
rozwiązać gordyjski węzeł „ojców Mirosławów”? Wszak to
ludzkie pojęcie przechodzi, żeby jakaś wspólnota parafialna
mogła zmieniać decyzje płynące z franciszkańskich
szczytów? Co innego gdy wpływy i naciski przychodzą po cichu, w
postaci anonimowych listów lub skrytych intryg, i kiedy jest interes do
zrobienia. Wtedy można zachować fasadę „autorytetu”, „szacunku”
i „powagi”. Można wtedy robić co dusza zapragnie z
nieświadomą niczego gromadką wiernych na dalekiej, emigracyjnej parafii
w jakimś tam Bostonie. Kimże oni są?!
Nie od dziś wiadomo, że
władza deprawuje, przewraca ludziom w słabych głowach i
posługujących zmienia w pseudosuwerenów. Zwyrodnienie to dokucza
całym społeczeństwom. Na tę straszną chorobę,
jakże powszechnie widoczną, zakonnicy franciszkańscy w prowincji
warszawskiej, też nie są uodpornieni. Przekonali się o tym
wierni z kościoła Polonii bostońskiej w bólu i ze smutkiem. „To
kim my dla nich jesteśmy, jeżeli te wszystkie podpisy nic nie
znaczą?” pyta zasmucona starsza pani. „Co teraz zrobimy, panie
Szymonie?”. Nie otrzymała sensownej odpowiedzi, bo w tej chwili nie ma
takiej. Bo w tej chwili można jedynie trzymać się kurczowo
prawdy i nie dać się sprowadzić z jej wyboistej drogi, teraz
już nie dla siebie tylko, ale też dla tej, jednej z wielu,
zagubioych, starszych osób, stawiających pytania osierocone, bez
odpowiedzi. Zadają pytania bo od dziesiątek lat ich wiara nie
była tak mocno wystawiana na próbę. Zadają pytania bo to ich
parafię doprowadzono do stanu rozchwiania powtarzającymi się
sensacjami i zaskakującymi zmianami. Oni autentycznie szukają powrotu
już choćby tylko do normalności. Zasłużyli sobie na
tę normalność u schyłku długiego życia, bardziej
niż ktokolwiek. Oni żyją w swojej parafii, to ich Boży Dom,
pragną aby był przedmiotem prawdziwej troski.
Po trzech miesiącach
urzędowania ojciec prowincjał, jak sam stwierdził w
telefonicznej rozmowie, był tak zmęczony „trudną
bostońską parafią”,
listami i odpowiadaniem na telefony, że jedyne wyjście
widział w jeszcze jednej roszadzie na stanowisku głowy parafii.
Zastrzegł przy tym, że będzie to ostatnia jego próba
rozwiązania problemów, której niepowodzenie oznaczać może tutaj
tylko koniec franciszkańskiej posługi. Ale w „trudnej owczarni”
zaoczne decyzje, bez solidnego, osobistego rozeznania, bez tak zwanego
pasterskiego oka, nie moga chyba liczyć na pozytywny rezultat. Argument
ten i zaproszenienie do odwiedzin nie zdały się na nic. Sa
„prawdy” o działaniu zakonu, o
których zwykły śmiertelnik nie może wiedzieć. Czy aby
św. Franciszek to miał na myśli budując przykładami
swoich poświęceń podwaliny wielkiego zakonu? Wszakże
dostępne w internecie, kilkusetletnie reguły sa proste i jasne, ale
cóż, także bardzo wymagające. Wierni pozostając pod
duchową opieką franciszkanów muszą się jednak dziś
pogodzić z „tajemniczą” nieodwołalnością
zarządzeń franciszkańskich hierarchów. Czy chociaż wolno im otwarcie wyrażać to co
czują?
Nawet Bóg zmieniał zdanie pod
wpływem próśb Abrahama, ale wiadomo, w Piśmie jedno, a w życiu
co innego. Współcześni wierni nie maja takich możliwości
jak kiedyś Abraham, no a franciszkański prowincjał to nie
miłosierny Bóg. Choć może to i lepiej, bo także parafia w Bostonie to nie
biblijna Sodoma. Pozostaje więc nadzieja.
„O Boże, odnów nas i okaż Twe pogodne oblicze, abyśmy doznali
zbawienia.”
Księga Psalmów 80:4 / Biblia Tysiąclecia
Szymon Tolak, Boston, Nowa Anglia, 20 sierpnia 2008